Myślałam, że idę na banalny biograficzny spektakl na podstawie banalnej biograficznej książki, której nawet nie znam, o człowieku, którego wcale nie podejrzewałam o stworzenie tak popularnych obrazów. Byłam pewna, że są one zagraniczne. Ale myliłam się.

 

          „Beksińscy” jest nietuzinkowym spektaklem inspirowanym książką „Beksińscy. Portret podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej. Przedstawia tragiczne życie polskiej rodziny – „przeklętej rodziny”, bo nie tylko Zdzisława Beksińskiego – genialnego artysty, ale i jego najbliższych. Jednak spektakl to bardziej parafraza ich życia, niż to życie takie całkowicie rzeczywiste. Aktorzy w pewnym momencie zaskakują – każdy po kolei opowiada, jakby z perspektywy narratora, że tak naprawdę, to oni nie grają danej postaci, tylko ją interpretują. Tak jakby grali postaci przedstawiające Beksińskich, a nie ich samych. Opowiadają o nich, co wygląda na chwilowe wyjście z roli. Dają do zrozumienia, że niektóre rzeczy zostały zrobione w inny sposób, a nie dokładnie tak, jak w rzeczywistości było. Tego możemy się właściwie domyślać chociażby po współczesnym języku, jakim mówią, czy po specyficznych, wyolbrzymionych komicznie wypowiedziach. Poza tym zostały zamieszczone sceny, w których np. Zofia zastanawia się, co by było, gdyby jej już nie było, albo kiedy rodzina wspólnie rozmawia o tym, kto kogo miałby zagrać w filmie o nich, jeżeli ewentualnie miałby taki powstać (co może być nawiązaniem do tego dopiero co powstałego), a nawet kiedy podczas wycieczki do lasu nagle zobaczyli swoje groby, popatrzyli na nie, po czym wrócili do domu ze stwierdzeniem: „Musimy tak robić częściej” (mając na myśli wyjazdy).

 

          Sama nie jestem do końca pewna, na ile aktorzy grali w pewnych momentach, dopowiadając informacje o swoich postaciach. Stało się to tak zawiłe, że nie wiem już, jak było naprawdę.

 

      A przecież my robimy podobnie. Nakładamy na siebie różne, coraz nowsze twarze, bo pragniemy być lubiani przez jak największą liczbę osób, a może przypodobać się jednej, konkretnej osobie. Zachowujemy się nie tak, jak my chcemy, ale tak, jak chce nasze otoczenie. Udajemy po prostu kogoś innego, kogoś, kim nie jesteśmy. Robimy tak niezwykle często, na co dzień. Może boimy się reakcji, krytyki innych? Tak, strasznie boimy się krytyki. A ciąg skutków jest tylko jeden: tracimy swoje poglądy, swoją osobowość, tracimy po prostu siebie, aż w końcu gubimy się w tym, jaką wersję siebie komu przedstawiliśmy, bo zazwyczaj kombinujemy z więcej niż jedną. Stajemy się fałszywi – czasami nawet nieświadomie. Jesteśmy tacy zawili, że nie wiemy już, jacy jesteśmy naprawdę. Przecież czujemy się przez to niekomfortowo, a jednak to robimy.

 

          Ale w przypadku tych aktorów prawdopodobnie grali oni jakby podwójnie, grali postaci, które, jak powiedział jeden z nich, „interpretują” realną osobę. Oni potrafią nałożyć kilka takich warstw na siebie, ale są nauczeni, jak nie ruszać tego prawdziwego „ja”. A my, nie-aktorzy? Możemy tylko udawać, ale zawsze w końcu pogubimy się i to prawdziwe „ja” utracimy.

 

Anna Pupka Lipińska