Szkielet bez ubrań

 

W c z o r a j miałeś własny dom. Wiodłeś w nim szczęśliwe życie wraz z rodziną.

Rano wychodziłeś do szkoły bądź pracy ze świadomością, że masz gdzie wracać –

kilka metrów kwadratowych, które zawsze na ciebie czekają, są przystanią, pobojowiskiem oraz wielkim zbiorowiskiem wspomnień.

D z i s i a j – co masz? Gruzy, popiół, filary i ściany, które przybrały odcień czerni (w uproszczeniu: szkielet bez ubrań). To, co skrywało każde twoje najskrytsze wspomnienie, samo się w nie przeobraziło.

 

          Co robisz, gdy słyszysz dźwięk syreny pogotowia ratunkowego, straży pożarnej czy policji? Większość z nas i tak nie odróżnia tych sygnałów, więc to bez znaczenia, która ze służb ratunkowych brzmi w twoich uszach. Pierwsza myśl – moi bliscy, co z nimi? To jedna z tych rzeczy, które robimy automatycznie i niezupełnie świadomie. - „Po godzinie ósmej rano słychać było mnóstwo sygnałów straży pożarnej, nie wiem jak to opisać. Przeszło mi przez myśl, że to u mnie”.

          - „Po tej całej sytuacji pojechałem z mamą do brata i bratowej, wykąpać się i przebrać, bo przez ten cały czas byłem w roboczych ciuchach. Tam też spędziliśmy pierwsze dwie noce. Było trudno, to mały domek, a tam z dziesięć ludzi i dwójka dzieci. Ale jakoś daliśmy radę, czekając aż gmina przydzieli nam tymczasowe mieszkanie. I dali – po Ukraińcach, typowa melina, zimno i nie dało się tam normalnie mieszkać. Pojechaliśmy więc mieszkać do babci. Byliśmy tam około miesiąca, aż dostaliśmy mieszkanie w bloku od szefa mojego ojca”.

          Wiktor osiemnastego kwietnia stracił dom. Obecnie mamy październik, on nadal mieszka w zastępczym mieszkaniu. W ciągu miesiąca czterokrotnie zmieniał miejsce zamieszkania. Prowadzić koczowniczy tryb życia w XXI wieku - być zależnym od kogoś, aż do momentu, gdy jakimś cudownym trafem złapiesz Boga za nogi – koszmarne.

Jak się wtedy czułeś? - „Ja nigdy nie byłem załamany. Zawsze do wszystkiego podchodziłem na spontanie” – „spontan”, słysząc to słowo w tejże sytuacji, niezupełnie wiedziałam, jak się zachować. Wiktor chyba naprawdę wziął sobie do serca sentencję „życie toczy się dalej”. Zero załamania, płaczu czy chociażby „gdybania”. Inni potrzebowaliby w tym momencie dużo uwagi, poświęconego czasu, rozmów, ale nie on: - „Dom to dom, można odbudować. Najważniejsze, że wszyscy żyją”. Wszyscy, bez wyjątku, pokonali cichego zabójcę – tlenek węgla, czad – jak kto woli. Sześcioosobowa rodzina – dziadkowie, rodzice i dwoje dzieci. Lokalne gazety nie dostały „mięsa”, nie mogły pisać o „WIELKIEJ TRAGEDII POD POZNANIEM”. Ku szczęściu rodziny, ich życie toczy się dalej.

          - „O szóstej rano obudziła mnie mama, pytając, czy nie czuję czadu. Odpowiedziałem, że nie i byłem zły, że mnie budzi o szóstej, skoro zostało mi jeszcze trzydzieści minut snu. Poszedłem do łazienki, chwytam za pastę do zębów i ku mojemu zdziwieniu, jest strasznie miękka. Dotknąłem ściany, była dosłownie nie do tknięcia”- reszta domowników już o tym wiedziała i próbowała się z tym uporać na własną rękę. Wiktor więc dzień jak co dzień, pojechał do pracy. Przyjechał spóźniony, urwał więc krótką, ale niezbyt przyjemną pogawędkę z szefem. Jednakże ten incydent, w porównaniu do tego, co miało się za chwilę wydarzyć, był niczym. Za chwilę Wiktor odebrał telefon.

          - „Wszystko rzuciłem na stół, ubrałem kurtkę i pojechałem do domu. Na miejscu nie można było dostać się pod dom – cztery wozy strażackie, energetyka, pogotowie gazowe, pełno ludzi dokoła. Spojrzałem co się dzieje – nie było już całego piętra”. Coś jest i nagle tego nie ma. Kiedyś każdy z nas coś stracił – nieważne, czy było to coś ważnego czy nieistotnego. Ale było to twoją własnością. Załóżmy, że dostałeś nowy rower – chroniłeś go, nosiłeś na poduszce, niczym nowego iPhone’a. Raz zdarzyło ci się wrócić trochę później - raz. Było ciemno, więc nie fatygowałeś się, by wprowadzić go do garażu. Tym bardziej, że ten był już zamknięty na klucz. Powiedziałeś: „Zrobię to rano” . Zatem zostawiłeś go za rogiem domu, przy oknie twojego pokoju. Zniknął. Bolało? Rower to zaledwie odrobina tego, co stracił Wiktor. Teraz stracił dom.

          - „Dym rozpowszechnił się na około dwa kilometry, na osiedlu nie było nic widać”- chłopak przebijał się przez chmury mglistego dymu, by ujrzeć na własne oczy pogorzelisko.

Kto był temu winny? Może to wcale nie musiało się wydarzyć? Zawsze musi być jakiś winowajca – ktoś, kto zawinił? Okazuje się, że Wiktor potrafił kogoś takiego wskazać. Nie mi oceniać, czy słusznie. „Byłem zły na dziadka. Ojciec mówił już około czwartej nad ranem, że to źle wygląda i lepiej zasypać piaskiem, lecz jak to starsi ludzie – nie da im się czasami wytłumaczyć. Przeważyło pewnie też to, że kłócą się już od jakichś dobrych dwóch lat”- a kto posłucha swojego oponenta? Gdy podczas rozmowy stwierdziłam, że obwiniają dziadka o dane zajście, Wiktor bezsprzecznie powiedział, że „To jego wina. Rodzice chcieli działać o wiele wcześniej, by to ugasić, to nie pozwolił im ruszyć”. Opowiedział jeszcze o jego zachowaniu tuż po rozprzestrzenieniu się pożaru:

          - „Poszedł zobaczyć, co dzieje się na strychu, bo grzejników nie można było dotknąć. Gdy otworzył drzwi, było pełno ognia – wszędzie. Zdążył obudzić mamę, brata, babcię, ostrzec ich, że mają uciekać, bo się palimy. Tak jak byli ubrani – w piżamy – tak uciekali. A było bardzo zimno, bo wówczas była pora zimowa, marzec/kwiecień, nie wiem, nie pamiętam dokładnie”.

          Może z perspektywy czasu zrozumiał swój błąd, ale nie chciał go sobie do końca uzmysłowić?

          - „Po południu, gdy przyjechałem, babcia (cała zapłakana) mówi, że mam pilnować dziadka, bo wchodzi do domu i wyciąga wszystko co się jeszcze da. Moja bratowa powtórzyła mi to samo. Ją już uderzył w twarz, bo próbowała go zatrzymać. Poszedłem po strażaka i ten przemówił mu do rozsądku” – wspomina Wiktor. Jest tylko człowiekiem. Popełnia błędy – to naturalne, ale czy nie posunął się o krok za daleko?

          Mimo wszystko to rodzina. Świadczy o tym chociażby fakt, iż w obliczu tragedii, jaka spotkała Wiktora i jego bliskich, zjechali się krewni z daleka: „Przyjechała rodzina z Katowic, ode mnie z pracy szef wysłał trzech ludzi, z sąsiedniej firmy także, sąsiedzi – wszyscy pomagali przy sprzątaniu”. Właśnie w takich sytuacjach poznajemy, kto ile jest wart.

          - „Kłaniam się, Wiktor xD” – tak zakończyliśmy rozmowę – na spontanie.

 

Odezwałam się do Wiktora po pewnym czasie. Dowiedziałam się, że wyjeżdża na drugi koniec świata, do Australii. Dlaczego?

          - „A mam inny wybór? Gdzieś musimy mieszkać”.

 

Natalia Gołuńska