Pomimo

          Siedzę naprzeciwko mojego rówieśnika. Ma na imię Kuba Niewiński i tak samo jak ja, niedługo ukończy osiemnaście lat. Zamawiam zieloną herbatę, a on specjalności kawiarenki, w której aktualnie się znajdujemy, czyli kawa z podwójną ilością cukru i ciastko. Mówi, że jedną z jego licznych pasji jest muzyka. Pytam o początek.

          Zaczęło się niewinnie. Od piosenki „Rudolf Czerwononosy” odtworzonej ze słuchu na cymbałkach w domowym zaciszu podczas Świąt Bożego Narodzenia. Rodzice usłyszawszy wykonanie malucha od razu postanowili wysłać go do szkoły muzycznej. Ucieszył się, ale postawił jeden warunek. Jego pierwszym instrumentem miał zostać akordeon i nie było tu miejsca na jakikolwiek kompromis. Klasa w szkole muzycznej powstała na jego życzenie. „Dlaczego akurat akordeon?” Wyjaśnia, że w tamtym czasie uwielbiał militaria oraz „Czterech pancernych i psa”, a jednym z bohaterów tego serialu był Tomuś, który grał na tym instrumencie. Drugi wybór padł na saksofon przez miłość do jazzu i bluesa.

          Historia toczy się dalej. Ponad 6 lat temu natrafił na twórczość Woodkid'a. Był to czas, kiedy pasjonował się grami komputerowymi i w jednym trailerze usłyszał jego piosenkę. Pierwsze odczucia? Inne, dziwne, ciekawe, monumentalne oraz nietypowe. Nie zrozumiał tej muzyki. Zaczął się zagłębiać i wpadł po uszy. Kuba twierdzi, że to jeden z najbardziej niedocenianych ówczesnych artystów. Zaczynał od animacji, potem kręcił teledyski m.in. dla Katy Perry, Moby czy Yelle. Następnie była muzyka filmowa. Opowiada o współpracy Woodkid'a z Hansem Zimmerem oraz Pharell'em Williams'em. Zostaję zasypana informacjami na temat jego dorobku. Uznaję to za małą obsesję, ale widzę ten błysk fascynacji w oczach Kuby.

          - Co zyskałeś dzięki jego twórczości? – Pytam. Chłopak bez zawahania odpowiada, że siebie. Swoją specyficzną „kubowatość”, a także syndrom dziecka szczęścia, czyli docenianie i cieszenie się z tych małych rzeczy, detali, szczególików i dziecinną ciekawość świata. Zawsze był indywidualistą. Nigdy nie chciał wpasowywać się w jakąś grupę na siłę, tylko być sobą, bez względu na to, co mówią inni.

          Marzył, żeby trafić na jego koncert. Miał dwie okazje, których nie było mu dane wykorzystać. Pierwszą w 2013 roku, gdy artysta występował w Warszawie, ale rodzice Kuby nie pozwolili mu jechać, mając na względzie jego wiek. Drugą w 2016 roku, kiedy artysta kończył swoją karierę organizując występ „Woodkid and Friends”. O wyjątkowości tego wydarzenia stanowiła kooperacja Woodkid'a z różnymi muzykami. Niestety Kuba dzień po występie miał regaty, w których miał uczestniczyć razem z tatą, kapitanem łodzi. W tamtym czasie stan zdrowia jego ojca znacznie się pogorszył i chłopak poczuł się w obowiązku zrezygnowania z występu i pomocy na statku podczas rejsu. Mówi, że była to słuszna decyzja, ale pustka jaka w nim powstała po tej decyzji, zmotywowała go do zrealizowania pewnego przedsięwzięcia.

          Woodkid Project to chlubne dziecko Kuby. Plan był prosty. Jeżeli nie mógł dotrzeć na występ Woodkid'a to postanowił, że sam zorganizuje koncert w hołdzie dla jego muzyki. Osobiście podjął się całej organizacji. Możemy wyliczyć: znalezienie sali, patronów, muzyków, promocja akcji, rozpisanie utworów, próby indywidualne, sekcyjne, całościowe, których było około 60. Wielokrotne zwątpienia, załamania nerwowe – pojawiające się kilka razy w tygodniu. Co chwilę na jego drodze stawały problemy, które go przerastały, a on nie miał pojęcia jak znaleźć rozwiązanie. Nieustannie dochodziły do niego głosy mówiące, że osoba po pierwszym stopniu szkoły muzycznej nie ma szans na zrealizowanie tak ambitnego projektu. A jednak półtoraroczny proces twórczy zakończył się nie jednym, jak na samym początku planowano, ale trzema występami –  na otwarcie 50-lecia Gdańskiego Archipelagu Kultury, w Domu Technika NOT i na zamknięcie sezonu w 100czni.

          Kuba opowiada mi o koncercie w NOT'cie. Dzień przed występem opublikował wiadomość na facebook'u, że przeprasza, ale jednak nie da rady zaśpiewać przez zapalenie tchawicy, na które zachorował na 2 tygodnie przed wydarzeniem. Panika. Co teraz? Szukać kogoś na zastępstwo czy zagrać tylko instrumentalnie? Ale w dzień koncertu stwierdził, że trzeba to jakoś przeżyć i „nie paść na scenie”. Mówi, że razem z zespołem nie oczekiwali wielkich tłumów. Mieli nadzieję, że sala wypełni się choćby w połowie. Kolejna niespodzianka. Kolejka fanów wiła się po korytarzach NOT'u. Słuchacze wypełnili większość audytorium. Kuba stojąc w centrum sceny odczuwał całkowity spokój. Z jednej strony było mu przykro, że nie jest w stanie dać z siebie chociaż 50% swoich możliwości, a z drugiej nieopisaną radość i spełnienie. Zdumienie, że to o czym marzył od tylu lat, spełnia się w tej chwili. Chłopak zszedł ze sceny na jeden utwór, aby na chwilę odpocząć. Zauważył jedno wolne miejsce w pierwszym rzędzie i postanowił na nim usiąść. Kolejny moment wzruszenia. Dotarło do niego, że ci wszyscy ludzie, którzy znajdują się za jego plecami i ci, którzy stoją na scenie są tu, bo kiedyś postanowił, że zrealizuje swoje marzenie. „Ci ludzie grają na scenie, bo chcą i to kochają. A ja pierwszy raz słyszę muzykę Woodkid'a na żywo.”

          Kuba zakończył ważny etap w swoim życiu. Na początku nie wiedział co ze sobą zrobić, ponieważ nie mógł poradzić sobie z powstałą pustką. Inni mieli do kogo i czego wrócić, a on od półtora roku poświęcał się tylko i wyłącznie projektowi. Rozpoczynając inicjatywę był świadomy, że ucierpią na tym jego relacje z rodziną oraz znajomymi i chociaż wiedział, że tak będzie, nie zmieniłby tego nigdy w życiu. Opowiada mi, że po koncertach muzycy dziękowali mu za całe przedsięwzięcie. „Rzecz, którą  powołałem, zmieniła ich życie.”

          Kuba pragnie, aby ludzie, mieli świadomość, iż można osiągnąć wszystko, gdy tylko się do tego dąży. Jego historia jest przykładem, że nawet najbardziej wybujałe marzenia mogą się spełnić, mimo licznych przeciwności losu. Chłopak śmieje się, że jego choroba była plusem. „Część osób odebrała ją jako doświadczenie: nieważne jak życie da ci mocno popalić, musisz walczyć do końca.” Na każdym kroku musiał wychodzić poza coś znajomego. Twierdzi, że rozwój jest właśnie wtedy, kiedy przekraczasz tę magiczną barierę. Sam mocno się zmienił, bo podczas projektu musiał zostać wokalistą, liderem, frontmanem, grafikiem, fotografem, marketingowcem, organizatorem i kompozytorem. „Chciałem pokazać, że wszystko jest możliwe, pomimo tego, że na początku byłem pełny niepewności. A jednak można. Coś mi w środku podpowiada, że nie będę w stanie tego tak zakończyć.”

Daria Landowska

+
+
press to zoom
++
++
press to zoom
+++
+++
press to zoom
++++
++++
press to zoom

Zdjęcia autorstwa:

Kornelia Bandura,

Mateusz Zwara,

 Konrad Kosycarz